Powieści

Farma, Joanne Ramos

Twórcy serialu “Opowieść podręcznej” zrobili cichą przysługę wydawcom. Książki z feministycznym wątkiem sprzedają się lepiej i jest ich coraz więcej.  Marketingowa kalkulacja wprowadziła na polskie półki “Farmę”.  Dobrze się zapowiada, bo jest o imigrantkach, ciążowym biznesie, cenie za ciało i uczucia.

Autorka wymyśliła luksusową klinikę, w której mieszkają surogatki. Klientkami kliniki są ludzie, którzy chcą mieć dzieci, ale nie chcą być w ciąży. Na 9 miesięcy wynajmują Żywicielkę dla swojego dziecka. Przez całą ciężką surogatka jest własnością przyszłych rodziców i kliniki.

To książka w której prawie nie ma mężczyzn. Ci którzy się pojawiają są tylko po to żeby powielić stereotypy. Takie uproszczenie świata nic nie wnosi do treści. Są za to kobiety, które robią interesy, bo dla każdej z bohaterek surogactwo to sposób na zarobienie pieniędzy.

Joanne Ramos miała na “Farmę” dobry pomysł. Jest intryga, ludzie uwikłani w zależności, przemoc, władza i pieniądze. Ale nie ma emocji. Papierowe bohaterki odgrywają role jak w szkolnym przedstawieniu.  Są źli i dobrzy, wątpiący i wyrachowani. Wszystko jest proste, od początku czytelne i nie zmienia się do ostatniej strony. Żeby tego było mało cała historia dobrze się kończy. Fajnie kiedy dobro wygrywa, a ciężka praca przynosi sukces. Ale kiedy przez 400 stron czytam o tym jak system i pieniądze wyzyskuje kobiety. O złotej klatce, lęku, tęsknocie i sprzeciwie wobec takiego traktowania, to jestem rozczarowana kiedy na ostatnich stronach dostaję podsumowanie “nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”.

“Farma” miała prowokować. Wciągnąć w dyskusję o prawach kobiet i cenie przetrwania. Miało być gorąco, a wyszło letnio.