Powieści

Święte słowo, Sigríður Hagalín Björnsdóttir

“Święte słowo” to dziwna książka. Wiem, że nic nie można z tą informacją zrobić, ale to pierwsze co mam w głowie kiedy myślę o tej historii. Nie dziwię się skrajnym recenzjom. Mam tyle samo “za” co “przeciw”.

Słowo za słowo, czyli wszystko zostaje w rodzinie.
Trzy kobiety i jeden mężczyzna, który zostaje pod ich silnym wpływem. Einar i Edda to przyrodnie rodzeństwo. Mają wspólnego ojca, który spłodził ich w odstępie kilku miesięcy. Matka Eddy – Julia i matka Einara – Ragnheiður zdecydowały się urodzić i wychować dzieci razem, bez ojca. Ten motyw skusił mnie do przeczytania “Świętego słowa”, z nadzieją że zobaczę kolejny model patchworkowej rodziny. Ale o tym później. Edda i Einar byli nierozłączni, uzupełniali się w każdej dziedzinie. Dyslektyczny chłopiec ledwo nauczył się czytać. Braki podrabiał pogodnym usposobieniem. W przeciwieństwie to skrytej Eddy, której życie toczyło się na stronach książek. Edda zmagała się z hiperleksją – szybko nauczyła się czytać, ale miała trudności w komunikacji werbalnej. Kiedy nastoletni Einar wyjeżdża z rodzinnego domu, rozluźnia się jego więź z siostrą. Aż do chwili kiedy dorosła już Edda znika i nikt nie wie co się wydarzyło. Wtedy Einar za namową matek zaczyna poszukiwania.

Islandzki dystans i zdrowy rozsądek.
Julię i Ragnheiður zostały oczarowane i zmanipulowane przez ojca swoich dzieci. Sytuacyjny pragmatyzm wymógł na nich przyjaźń i dał im siłę na stworzenie szczęśliwego domu. Jednak fundamentem ich wspólnego życia, było uczucie oszukania – nie przez mężczyznę, ale przez życie. Zawarły sojusz, który był pancerzem kruchej relacji. Dla wspólnego dobra chodziły na wewnętrze kompromisy, które z upływem czas zatruwały je od środka. Edda i Einar stworzyli własny świat – troski, miłości i wsparcia. Tłumaczyli sobie wzajemnie rzeczywistość, chronili przed tym co niezrozumiałe i bolesne. Jednocześnie pogrążeni w dysfunkcjach pokonywali własne przeszkody. Zaprawieni w bojach i nauczeni miłości, w trudnych chwilach szukają swojej bliskości. Są za siebie odpowiedzialni. Obyczajowa warstwa “Świętego słowa” przesiąknięta jest chłodem i poszukiwaniem odpowiedzi, na pytanie na ile głęboko potrafimy zaangażować się w życie, które nie do końca jest naszym wyborem.

Co mam “przeciw”?
Sigríður Hagalín Björnsdóttir zaaranżowała Eddzie ucieczkę z rodzinnego świata książek i opowieści do miejsca, które ma przygotować ludzi na życie bez liter. Skoro żyjemy w kulturze obrazów i piktogramów, to umiejętność czytania przestaje już mieć znaczenie. Liczy się opowieść, którą możemy przekazywać werbalnie. W tym punkcie powieści zgubiłam tok myślenia autorki. Dlatego to Edda staje się przeciwniczką pisma? Rozumiem, że hiperleksja zabrała jej dostęp do świata. Z drugiej strony czytanie pozwalało jej ten świat odkrywać. Mimo, że nie były to jej własne doświadczenia. Ten zabieg odwrócenia ról w ogóle mnie nie przekonuje. Do tego dochodzi wątek filozoficzny – Sokrates był niepiśmienny, jego nauki spisał Platon. Sokrates wierzył w siłę opowieści i samodzielnego myślenia. Wprowadzenie na scenę filozofów czytam jak szukanie dodatkowych argumentów. Okazuje się, że to co miało być w tej książce kluczowe – rozważania nad siłą słów, budowaniem z nich historii, w tej postaci absolutnie do mnie nie dotarło.

Nie wiem co mam o tej książce myśleć. Zostawiała mnie z ciekawą rodzinną opowieścią, z podkreśloną kobiecością i pokrętną historią o utracie wiary w słowo pisane, na którą nie znalazłam mocnych argumentów.